Ucieczka przed Lonely Planet

Lonely Planet. Ponoć najlepsze przewodniki na świecie, niezbędnik każdego podróżnika. Marka tak silna, że zmienia świat w dosłownym tego słowa znaczeniu. Klimatyczne miejsce gdzieś na odludziu? Wystarczy krótka notka w najnowszym wydaniu przewodnika, by miejsce nawiedziła chmara turystów. Z czasem powstaną hostele, restauracje, sklepy z pamiątkami, a klimatyczna wioska już nigdy nie będzie taka sama. Wówczas Lonely Planet znajdzie następną…

Jak wygląda to w praktyce? Hsipaw, miasteczko na północy Birmy. Jeśli chcesz zobaczyć wioski Shan, musisz się tu wybrać. Miejsce nie nawiedzane przez wielu turystów, do tego plemiona, dla których czas dawno temu zatrzymał się w miejscu. Tak miało być. W podróż wybraliśmy się pociągiem, co już jest przygodą samą w sobie. Ciuchcia rozpędza się do ~30 km/h, po drodze bounce’uje, zatrzymuje się w miasteczkach, by zabrać lokalsów, tudzież zwierzątka, które na szczęście mają swój osobny przedział. Hitem podróży jest Gokteik Viaduct, jeden z najwyższym wiaduktów kolejowych na świecie. Po drodze umocniliśmy parę znajomości, pojedliśmy lokalne przysmaki, pokłóciliśmy się z jedną ze sprzedawczyń o cenę Coli. 14 godzin minęło więc w przyjemnej atmosferze.

Ucieczka przed Lonely Planet

W samym Hsipaw zatrzymaliśmy się w Mr Charles Guesthouse, nr 1 na liście Lonely Planet. Poza zakwaterowaniem oferuje pomoc w organizacji trekkingu po pobliskich wioskach. Jak się okazuje, Mr Charles już dawno zapomniał znaczenia słowa „pomoc”, zamiast tego mamy czysty biznes, turystyczną maszynkę do zarabiania kasy. Przyjazd, kwaterunek, spotkanie z przewodnikami, zakup trekkingu, nocleg, check-out, bagaż do depozytu i do widzenia… W ten sposób każdego dnia o tej samej porze chorda turystów wyrusza, by poczuć klimat pobliskich wiosek. Jeśli chcesz po prostu porozmawiać o innych opcjach, doświadczysz sporej dozy ignorancji.

Jak wyglądało to w naszym przypadku? Przyjechaliśmy, poszliśmy spać, by następnego dnia spokojnie rozeznać temat. Fabryka Mr Charlesa nie bardzo nam odpowiadała, podpadli brakiem ciepłej wody pod prysznicem (ponoć była, najwyraźniej szybko się kończyła). Poszliśmy na miasto, gdzie spotkaliśmy Grahama, Kanadyjczyka, który właśnie zrobił trekking sam. Nas w sumie jest dwójka, przeżyliśmy Torres del Paine, hmmm… Idziemy sami!!! Graham rozrysował nam mapę, powiedział co i jak, nastroił pozytywnie do opcji DIY (do it yourself – zrób to samodzielnie). Wieczorem spotkaliśmy jeszcze parkę, która poznaliśmy w samolocie. Oni także szukali jakiejś alternatywnej opcji, więc wybraliśmy się we czwórkę.

Ucieczka przed Lonely Planet

To był strzał w dziesiątkę! Na trekking ruszyliśmy przed wszystkimi turystami, dzięki czemu szliśmy sami pośród wiosek, wzbudzając zainteresowanie wśród ludności. Do celu (Pankham) dotarliśmy bez większych problemów. Na miejscu dalsze obcowanie z tubylcami, wspólne posiłki, próby dialogu. Gospodyni pokazuje nam stronę z Lonely Planet sprzed paru lat – Hsipaw i okoliczne wioski są na 3. miejscu w kategorii must-see, a na zdjęciu przy opisie figuruje właśnie ona. Jednak najlepsze dopiero przed nami. Wieczorem przybywa jej siostra i wyciąga dumnie inną gazetę ze swoim zdjęciem. Wszyscy oglądają z zaciekawieniem, bo gazeta w jakimś dziwnym języku. Kiedy dociera do nas, padamy na ziemię ze śmiechu – polski National Geographic. Jednak świat to zadupie!

Ucieczka przed Lonely Planet

Następnego dnia postanawiamy zapuścić się nieco dalej, do wioski położonej poza trekkingowymi szlakami Mr Charlesa. Wybór padł na Tamshan. Tutaj dopiero poczuliśmy odjazd. Wszystko dzieje się tu zgodnie z rytmem natury: wstajesz z kogutem, pracujesz jak mróweczka, po zachodzie słońca grzecznie kładziesz się spać. Niesamowity klimat! Wieczorem mieliśmy co prawda niezapowiedzianą wizytę uzbrojonych żołnierzy, jednak na szczęście walki toczyły się jakieś 9 km od nas. Następnego dnia kończymy trekking i grzecznie udajemy się po nasze bagaże do Mr Charlesa.

Ucieczka przed Lonely Planet

W ten oto sposób przeżyliśmy kolejną przygodę. Smakowała o tyle lepiej, że poszliśmy sami, wyrywając się ze schematu, jakim podąża większość turystów. Kosztowo też wygląda to nie najgorzej. Decydując się na przewodnika od Mr Charlesa zapłacilibyśmy 80 USD. Opcja DIY to dla odmiany jedyne 22 USD za 2 osoby, 3 dni, 2 noce, z pełnym wyżywieniem i noclegami.