Skok ze 134 metrów. Nevis Bungy w Nowej Zelandii

Miałam za sobą 3 nieprzespane noce. Dłonie tak mi się pociły, że wszystko mi się z nich wyślizgiwało. Nie pamiętam, żebym czerpała jakąkolwiek radość z jedzenia. Spacer po otaczających Queenstown wzgórzach i odwiedzenie Fiordlandu pamiętam jak przez mgłę. Przeklinałam samą siebie. Wiedziałam, że towarzyszący mi stres sama sobie zafundowałam. Tak cierpieć planowałam jeszcze przez 24 godziny, kolejnego dnia miałam oddać skok na bungy.

Skok ze 134 metrów. Nevis Bungy w Nowej Zelandii

Muszę przyznać, że skok na bungy nigdy nie był moim marzeniem. Co prawda, kiedy na jakiś masowych wydarzeniach mijałam miejsce ze skokami (kojarzycie pewnie takie wielkie dźwigi z gondolą, która jeździ góra – dół, zabierając kolejnych amatorów mocnych wrażeń), zdarzyło mi się pomyśleć „wow, chciałabym spróbować”. Na szczęście idea bungy z dźwigu szybko mnie zniechęcała. Może niesłusznie, ale zawsze kojarzyła mi się z czymś skleconym prowizorycznie, by zarobić trochę więcej kasy na rzeszy uczestników kolejnej, masowej imprezy. A mówiąc konkretniej, nie chciałam oddawać mojego życia w ręce amatorów.

Ale dojechałam do Nowej Zelandii, kraju uznawanego za ojczyznę bungy. Wszystko zaczęło się od inspiracji przywiezionej z egzotycznego zakątka świata. Mowa o mieszkańcach wyspy Vanuatu, a konkretnie jej męskiej części i o skokach z wysokości z przywiązaną do kostek liną – w ten sposób potwierdzali swoją dojrzałość. Młody wtedy AJ Hackett, rodowity Kiwi, razem ze swoimi kumplami postanowił skomercjalizować tę aktywność. W ten sposób w latach 80tych powstało pierwsze na świecie bungy, zlokalizowane na moście Kawarau, zawieszonym na wysokości 43 metrów nad rzeką o tej samej nazwie. Miejsce tym bardziej wyjątkowe, że funkcjonuje do dziś. Aktualnie takich punktów na mapie Nowej Zelandii jest wiele. Spadać można z bardzo różnych wysokości, a prawdziwi smakosze mogą zafundować sobie heli bungy (skok z helikoptera!!!).

Skok ze 134 metrów. Nevis Bungy w Nowej Zelandii

Tutaj wkracza przesiąknięta adrenaliną nowozelandzka kultura. Rodowici Nowozelandczycy sami o sobie mówią, że każdy prawdziwy Kiwi przynajmniej raz w życiu powinien skoczyć w tandemie ze spadochronem. Co więcej, w Nowej Zelandii nie zadajesz sobie pytania czy skoczyć, tylko gdzie skoczyć? Biznes adrenalinowy kręci się w najlepsze i w końcu pochłonie też ciebie, nawet jak nie będziesz zainteresowany. Wszakże jak nie spłyniesz pontonem podziemną rzeką, nie wyskoczysz w tandemie z samolotu, nie pobujasz się na huśtawce rozwieszonej pomiędzy przeciwległymi brzegami kanionu, to tak jakbyś nie do końca doświadczył Nowej Zelandii.

Skok ze 134 metrów. Nevis Bungy w Nowej Zelandii

Adrenalinowe tornado uderzyło i mnie. Podróżowaliśmy po Nowej Zelandii busem Kiwi Experience. To idea hop on – hop off, czyli wsiadasz i wysiadasz kiedy chcesz. Kierowca, Nowozelandczyk z krwi i kości, jest przy okazji twoim przewodnikiem. Opowiada Ci różne ciekawostki z życia Kiwi, podczas gdy pozostali pasażerowie nakręcają się na kolejne aktywności. Każdy z nich, świadomie lub nie, stopniowo daje się porwać temu adrenalinowemu tornadu. Albo skoczył i gorąco poleca, albo chce to zrobić, ale się boi, albo nie chce skoczyć, ale widział filmik ze skoku innej osoby i myśli, że to jest awesome! (super!).

Skok ze 134 metrów. Nevis Bungy w Nowej Zelandii

U mnie wyglądało to tak, że po pierwsze wpadłam jak śliwka w kompot. Naprawdę uwierzyłam, że jak mam kiedyś skoczyć na bungy, to właśnie w Nowej Zelandii, gdzie ta aktywność się narodziła. Po drugie, im bardziej sobie wmawiałam, że nie potrzebuję tego robić, tym bardziej byłam świadoma, jak irracjonalne były moje wymówki. Na koniec dnia pojęłam, że chodzi tylko o lęk, który zadomowił się w moim umyśle. A ja lubię rzucać wyzwania moim lękom. Z bungy zrobiłam więc tak samo!

Jak spadać to z wysoka! Nawet teraz, kiedy od skoku minął ponad rok, pisząc te zdanie czuję zimny pot na plecach. Mój wybór padł na Nevis Bungy, czyli najwyższe w Nowej Zelandii, przez długi czas jedno z 3 najwyższych na świecie. Skaczesz z gondoli zawieszonej nad rzeką Nevis na wysokości 134 metrów. Samo dostanie się na miejsce, gdzie oddaje się skok, odebrało mi mowę. Najpierw przeprawa vanem z miasteczka Queenstown, od pewnego momentu jechaliśmy już tylko w górę, pod sam koniec brzegiem kanionu. Wtedy naprawdę mnie zatkało i czułam, jak delikatnie zaczyna kręcić mi się w głowie. Po drodze kilka punktów bezpieczeństwa, żeby na koniec gondolą córką dostać się do gondoli matki. Skok był jeszcze przede mną, a już czułam, że odlatuję.

Skok ze 134 metrów. Nevis Bungy w Nowej ZelandiicollageI odleciałam. Można to zrobić na wiele sposób, natomiast skok na orła, z rozpostartymi ramionami, który masz w swojej wyobraźni, rzadko się zdarza. Większość wygląda tak jak mój, czyli oby na tyle się wychylić, żeby w końcu spaść. Zdecydowanie polecam, podjęłam wyzwanie i trochę oswoiłam mój lęk. Za to na pewno nie polecam, żeby zapisywać się na bungy z kilkudniowym wyprzedzeniem!:-)

Skok ze 134 metrów. Nevis Bungy w Nowej Zelandii

  • http://trzydziestkazvatem.blogspot.com/ Ola

    Gratulacje :-) Ja też skakałam w NZ tylko nie na Nevisie. Pamiętam jak mnie rozśmieszali obsługujący a i tak miałam prawie łzy w oczach 😉 Ale adrenalina trzymała jeszcze jakiś czas później jak po kilku mocnych kawach :-)

    • http://www.ponioslonas.pl/ Barbara Świderska

      A gdzie skoczyłaś? Pamiętam, że w Nowej Zelandii fajne było też miejsce na moście w Auckland:) Mój pan obsługujący to przeciwieństwo osób z obsługi z jakimi Ty miałaś do czynienia. Był bardzo rzeczowy i zdecydowanie mnie nie rozśmieszał. Mnie też trzymała adrenalina do wieczora:). Pozdrawiam!

      • http://trzydziestkazvatem.blogspot.com/ Ola

        Skoczyłam z dużo mniejszej wysokości ale i tak było strasznie ;-))) Masz nawet to miejsce otagowane – Kawarau :-) Tam było fajne to że potem nie wciągali tylko wisiało się głową w dół i podpływał ponton. Ponadto można było mieć tak rozciągniętą linę żeby się zamoczyć albo tylko dotknąć wody. Jeden z obsługi żeby mnie wyluzować pyta czy na wakacje przyjechałam, ja że tak, a on na to powiedział coś w stylu że to ostatnie wakacje w moim życiu 😉

        • http://www.ponioslonas.pl/ Barbara Świderska

          Tam też rozważałam skok, byłam nawet na tym moście. Widziałam jak osoby z obsługi zagadują kolejne zestresowane osoby:-). Opcja z dotknięciem wody wyglądała naprawdę extra:-). Gratuluję skoku! Nieważne z jakieś wysokości, ważne że podjęłaś wyzwanie:-).

  • https://chociazkawalek.wordpress.com/ Martyna

    MatkoBoska, zarąbiście! Sama bardzo chciałabym skoczyć ,ale boję się, że wywalę kupę kasy, nie przemogę się i będę to sobie wyrzucać do końca życia… Ale z drugiej strony, paralotnię ogarnęłam, więc może na bungy też przyjdzie kolej? Mam czas do zastanowienia, bo na razie (niestety) się nie wybieram do NZ ;d

    • http://www.ponioslonas.pl/ Barbara Świderska

      Więc tak:) Nowa Zelandia nie jest jedynym miejscem na świecie gdzie można oddać skok w, nazwę to, epickim miejscu. Obczaj sobie Szwajcarię i skok nad tamą, czyli pierwsza scena z Bonda „Goldeneye”. Dla mnie rewelacja i też chciałabym tam kiedyś skoczyć:). Zawsze istnieje ryzyko, że nie dasz rady, ale z drugiej strony adrenalina robi swoje i w końcu to robisz. Naprawdę super doświadczenie.

      • https://chociazkawalek.wordpress.com/ Martyna

        Oo znam ten most! Tzn kojarzę z jakiegoś filmu, działa się tam chyba jakaś pseudo-romantyczna scenka. Jako hot czternastka byłam nią zachwycona, teraz raczej swoje ochy i achy poświęcę samemu skokowi 😀

        • http://www.ponioslonas.pl/ Barbara Świderska

          Dokładnie:-) Krajobrazy mają znaczenie. Co prawda adrenalina jest tak wysoka, że niewiele się pamięta, ale coś tam w głowie zostaje. I fajnie potem przypomnieć sobie, że leciało się wolnym jak ptak nad jakimś pięknym kanionem:-)

  • http://biegunwschodni.pl/ Natalia z biegunwschodni.pl

    Od samego patrzenia na zdjęcie zakręciło mi się w głowie. Kiedyś skoczyłam z ok. 25 metrów na stalowej linie, na wahadło. Od tamtej pory wiem, że skoki to nie moja bajka. Podziwiam

    • http://www.ponioslonas.pl/ Barbara Świderska

      A ja mimo wszystko Cię zachęcam do spróbowania jeszcze kiedyś. Im wyżej tym większy fun! Dzięki. Pozdrawiam

  • http://www.amusedobserver.com/en Amused Observer

    Kiedyś bardzo chciałam, a potem mi się odechciało i już nie chcę.
    Podziwiam za skok od razu z najwyższego punktu :)

    • http://www.ponioslonas.pl/ Barbara Świderska

      Dzięki! Stwierdziłam, że nie będę się rozdrabniać. Przypłaciłam kilkoma nieprzespanymi nocami, ale warto było:-)

  • http://wolnymkrokiem.pl Agnieszka Ilnicka

    Nie wiedziałam, że bungy jest takie popularne w Nowej Zelandii. Ale patrząc na Twoje zdjęcia już wiem dlaczego! Chociaż sama nie wiem czy bym się odważyła :)

    • http://www.ponioslonas.pl/ Barbara Świderska

      Nie jest łatwo. Potwierdzam żelazną zasadę przy skokach na bungy: nie myśleć na długo przed skokiem, tylko zrobić to od razu:-). Polecam!

  • http://choosetravel.pl/ Łukasz Szoszkiewicz

    Zapisałem sobie Kiwi Experience. Myślałem, że takie bajery to tylko w obrębie miast, a tu proszę!

    • http://www.ponioslonas.pl/ Michał Świderski

      W Nowej Zelandii jest z czego wybierać, często nie zastanawiasz się czy skoczyć, ale gdzie skoczyć, żeby były ładne widoki;-).

  • http://www.zakulisowo.pl/ Anna M. Lukasiewicz

    Boże, miałam ciarki jak patrzyłam na zdjęcia, ale jak włączyłam filmik to mam gęsią skórkę!
    Skoczyłam kilka lat temu na bungee w Warszawie i nie wspominam tego za dobrze. Strasznie się bałam, zamknęłam oczy i poleciałam jak świeca w dół, lina przetarła mi rękę, dlatego, że przez większość lotu leciałam głową do góry, dopiero na końcu liny się odbiłam.
    Dopiero trafiłam na Twojego bloga, chętnie poczytam więcej o Nowej Zelandii!

    • http://www.ponioslonas.pl/ Michał Świderski

      Jeśli lubisz adrenalinę spójrz jeszcze na Nevis Swing, może to Cię zainteresuje;-).

  • http://emiwdrodze.pl Emi w drodze

    Podziwiam! Ja nie skoczyłabym nawet jakby mi zapłacili 😉
    W Nowej Zelandii byłam i udało mi się nie zarazić tym szaleństwem 😛 Kiedyś mi się za to śniło, że mam zaraz skakać na bungee i tyle stresu mi wystarczy :)

    • http://www.ponioslonas.pl/ Michał Świderski

      Powiem Ci, że stres jest, ja nie skakałem (mam lęk wysokości), a stresowałem się nie mniej niż Basia. Co ciekawe, zdecydowałem się wcześniej na skydiving, ale tylko dlatego, że wiedziałem, że ktoś inny wyskoczy za mnie z samolotu (skakałem w tandemie):-).

  • http://stohistorii.pl STO historii

    Aaaa jesteśmy teraz w NZ i Olo mówi, że skoczy na pewno, a ja chyba za bardzo się boję;p samo oglądanie tego filmiku mnie zestresowało, haha;d skoczyłabyś jeszcze raz?

    • http://www.ponioslonas.pl/ Barbara Świderska

      Nie zawahałabym się ani sekundy, powiem więcej: planuję kolejne skoki:-)