Tasmańskie wspomnienia: dzień 5 i 6

Ostatnie dwa dni trekkingu minęły nam w podobnym klimacie co poprzednie:). Różnica vs poprzednie dni była taka, że w południowej części parku plaże i zatoczki oglądasz częściej ze wzgórz, rzadziej idziesz wzdłuż oceanu. Ale i tak było pięknie:).

Przedostatniego dnia wstaliśmy o 5:00 na wschód słońca. Na plaży wykonaliśmy telefony do naszych rodzin z życzeniami świątecznymi. W Polsce był jeszcze 24-ty.

Tasmańskie wspomnienia: dzień 5 i 6 Tasmańskie wspomnienia: dzień 5 i 6

Tego dnia po dojściu do chatki Anchorage przesiedzieliśmy kilka godzin na plaży (w cieniu, powoli zaczynaliśmy mieć dość słońca:), wylegując się i rozmawiając. Cudowne uczucie kiedy nic nie musisz, po prostu czysta karta, jedyne co zmusza Cię do robienia czegoś to głód:).

Prysznic na plaży, spacer do oddalonej o 20 minut drogi zatoki i jeszcze raz spacer po plaży obok naszej chatki.

Tasmańskie wspomnienia: dzień 5 i 6 Tasmańskie wspomnienia: dzień 5 i 6

Ostatniego dnia czekała nas w zasadzie tylko droga powrotna. Postanowiliśmy już nie rozleniwiać się na trasie, tylko spiąć poślady i doczłapać się do parkingu w miejscowości Marahau. W drodze powrotnej złapaliśmy stopa do Kaiteriteri. Podrzucił nas Szwajcar urlopujący się w Nowej Zelandii. Wymieniamy się doświadczeniami, bardzo miły koleś. W Kaiteriteri świętowaliśmy udany trekking, najpierw hamburgerem, potem pizzą:). Na myśl o gotowanymi makaronie robiło się nam niedobrze. Efekt uboczny dłuższego trekkowania:).