Torres del Paine dzień 1 i 2: umrzemy tu!

[Baśka] Nigdy wcześniej nie chodziłam po górach z pełnym wyposażeniem kempingowym: namiot, karimaty, śpiwory, gaz, kuchenka, naczynia, jedzenie i trochę ubrań na zmianę. Za to gór i szlaków trochę w życiu poznałam. Za każdym razem jednak tak się układało, że były to jednodniowe wycieczki (Cinque Terre, Etna), trekkingi z noclegiem w schronisku (Yunnan), ewentualnie z tragarzem i kucharzem (Ladakh).

Mój wrodzony entuzjazm nie opuszczał mnie nawet na chwilę, nawet kiedy odpoczywaliśmy w Puerto Natales (stąd najlepiej wyruszyć do parku) i lało / śnieżyło na zmianę. Wszystko wskazywało na to, że pogoda podczas trekkingu będzie podobna.

Dzień 1. Wow! Świeci słońce. To będzie piękny dzień:)! Jedziemy najpierw autobusem z Puerto Natales do parku. Potem przeprawiamy się łódką na początek szlaku. Przed nami jakieś 4 godziny marszu. Czy mi się zdaje, czy mój plecak nie jest wcale taki ciężki?

Zaczynamy iść. OK, jest trochę ciężko, ale dam radę. O nie! Tylko nie deszcz! Ale wolno idziemy… Przerwa na batonika. Maszerujemy dalej. Zaczyna padać śnieg. OK, mój plecak jest CIĘŻKI! Robimy sobie przerwę. Ile bym dała, żeby być już na miejscu. To nie może być jakoś daleko. Szlak jest bardzo dobrze oznaczony, więc nie potrzebujemy zaglądać do mapy. Brakuje nam tylko tabliczek, ile jeszcze do celu. Idziemy dalej. O! Jest tabliczka. „Przeszedłeś 4 km z 10”. Nie jesteśmy nawet w połowie, a tablica wyraźnie pokazuje, że od tego punktu szlak zaczyna iść pod górkę. Umrę tu! Tak! Właśnie tak skończę! Umrę na szlaku w parku Torres del Paine! Idziemy już wieczność, a to nawet nie jest połowa drogi, do tego przeszliśmy łatwiejszy odcinek. Umrę tu dzisiaj!!!

Co chwilę słyszę głos Michała: jak się poddasz psychicznie to fizycznie na pewno skończysz marnie. Na pewno dasz radę!!!

Podeszliśmy pod górę i zaczynamy iść w dół. Uff! Plecak waży chyba TONĘ!!! Jest tak ciężki, że jestem w stanie myśleć tylko o bólu ramion. Kolejna tabliczka. 2 km do celu. Uratowani!!!

Kemping Grey to jedno z płatnych miejsc w parku. Na miejscu nie czuję pleców, ale radość z dojścia do celu to rekompensuje. Rozstawiamy namiot i zbieramy jeszcze siły, żeby podejść bliżej lodowca. Płatny kemping oznacza: budynek z przestrzenią do gotowania (ze stołami i ławkami) i co najważniejsze prysznice z gorącą wodą:)

Chyba jednak przeżyję:)

Dzień 2. Na chwilę udało mi się zapomnieć, że mój plecak jest CIĘŻKI! Jestem prawie pewna, że dzisiaj umrę!!! Musimy dojść do bezpłatnego kempingu Italiano. Toalety Eco, nie będzie prysznica. Po drodze mamy przystanek na kempingu Paine Grande, gdzie spożywamy batonika i herbatę. Nie jest aż tak źle. Plecy chyba przyzwyczaiły się już do ciężaru. Pogoda jest zmienna, ale chyba po prostu jest mi wszystko jedno, byle dojść do celu. Michał raz na jakiś czas mnie motywuje. Wygląda na to, że jednak nie umrę dzisiaj:)

Dochodzimy do kempingu. Wyposażenie jest bardzo podstawowe. Nawet przestrzeń do gotowania nie jest w pełni zamknięta. Nie ma miejsca, gdzie można byłoby choć na chwilę uciec od zimna. Rozstawiamy namiot. Szybka kolacja: zupka chińska, marchewka i salami. Kładziemy się spać.

Noc: ledwo co usnęłam, gdy obudził mnie wiatr i zacinający deszcz. Pozytyw taki, że nasze śpiwory naprawdę dały radę i było ciepło. Poranek: namiot jest wielką, mokrą i obłoconą szmatą. To będzie kolejny dzień wyzwań, ale o tym już Michał w kolejnym wpisie. #poznajpatagonie

Zapraszamy również do obejrzenia filmiku z dnia 1 i 2 w Torres del Paine:)