Torres del Paine: Patagonia w najczystszej postaci

W jednej ze swoich książek Wojciech Cejrowski zauważył, że ludzie w Europie na ogół nie znają prawdziwej potęgi natury. Wiatr nie porwie Twojego domu, deszcz nie zaleje wszystkich ulic w mieście, susze nie dają się aż tak we znaki. Oczywiście zdarzają się kataklizmy, jednak na ogół żyjemy w dość przyjaznym środowisku. Powyższa myśl często wracała do nas w czasie trekkingu po parku Torres del Paine w Chile.

Na papierze trekking nie wygląda na przesadnie trudny. Szlaki na wysokości kilkuset metrów nad poziomem morza, czasem strome, jednak w dużej części dość płaskie. Wszystko dobrze oznaczone, jak słusznie poinformowano nas przed rozpoczęciem, trzeba być debilem, żeby się zgubić, my z mapy nie skorzystaliśmy ani razu.

Trekking nie należy jednak do najłatwiejszych. Po pierwsze, jeżeli nie stać Cię na opcję all inclusive (jakieś 120 USD na osobę na dzień – śpisz w schroniskach, dostajesz codziennie 3 posiłki, nosisz ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy), musisz dźwigać na swoich barkach cały ekwipunek. Oznacza to nie tylko namiot, śpiwory, karimaty i ubrania, ale także jedzenie na pięć dni, naczynia, gaz i kuchenkę. W sumie jakieś 10 kilo na osobę… . Na szczęście nie musisz martwić się o wodę pitną. Jak jesteś spragniony, po prostu nalewasz sobie wody z rzeki lub strumienia.

Po drugie: pogoda. Mówi się, że w Torres del Paine każdego dnia doświadczysz wszystkich pór roku. Wszystkich oprócz lata… . Budzisz się w mokrym namiocie, pada deszcz. Zaczynasz iść, deszcz przechodzi w śnieg. Na szczęście idziesz, więc jest ciepło, za chwilę jeszcze cieplej, aż w końcu zza chmur wyłania się słońce i robi się przyjemnie. Robisz więc sobie przerwę na batonika. Zaczyna padać, więc znowu idziesz. I tak w koło Macieju:).

Osobny akapit należy się patagońskim wiatrom, najsilniejszym jakich doświadczyliśmy w naszym życiu. Potrafią przesunąć człowieka o parę metrów (nie chodzi o zachwianie równowagi i kontrolowane cofnięcie się, mówimy dosłownie o przesunięciu człowieka pomimo jego woli – chcesz stanąć w jednym miejscu, lądujesz 2 metry obok – doświadczył tego Michał, ratując nasz bagaż przed odfrunięciem…), kilkunastokilogramowe plecaki latały niczym latawce. Mieliśmy to szczęście, że prawdziwą siłę patagońskich wiatrów poznaliśmy tylko raz, niestety, akurat w momencie, kiedy szliśmy po stromym szlaku, a pod nogami mieliśmy lód. Jako że nie jesteśmy przesadnie doświadczonymi trekkerami, po prostu spontanicznie padliśmy na ziemię i schowaliśmy się za skałami. Jak widać instynkt przetrwania ma się dobrze:).

Ostatecznie daliśmy radę. Z pięciodniowego trekkingu zrobił się czterodniowy (część szlaków była zamknięta z powodu pogody), nie dostaliśmy garba, pojedliśmy niczym licealiści na biwaku (zupki chińskie, paróweczki, krakersy, etc.), umocniliśmy parę znajomości (na szlakach spotykaliśmy ludzi, których poznaliśmy wcześniej:). Po powrocie do Puerto Natales trochę odpoczęliśmy, zrobiliśmy 5 kilo prania i ruszamy w dalszą podróż, tym razem do El Chaltén, położonego już w Argentynie. #poznajpatagonie

Zapraszamy do obejrzenia naszej galerii z Torres del Paine. Aby przejść do galerii kliknij tutaj.