Torres del Paine dzień 3 i 4: po burzy zawsze wychodzi słońce

[Michał] Trzeci dzień trekkingu miał być przełomowy. Oto po raz pierwszy mieliśmy iść bez głównych bagaży (tylko z małymi plecakami) przez większość dnia – zapowiadało się więc łatwo i przyjemnie. Niestety, już w nocy mieliśmy złe przeczucia. Lało dosłownie przez cały czas, do tego wiatr hulał tak mocno, że miejscami nasz namiot wyginał się niczym żagiel. O poranku wszystko było mokre i pokryte błotem, do tego usłyszeliśmy spodziewany wyrok: Dolina Francuska zamknięta… Jak większość podróżujących, postanowiliśmy przyspieszyć, by zakończyć całość trekkingu w 4 dni. Z najłatwiejszego dnia zrobił się najcięższy: 8 godzin marszu z całym ekwipunkiem na plecach.

Tak jak na początku było dość przyjemnie (wypogodziło się, śliczne widoki, dość płaska trasa), tak z czasem zaczęło robić się stromo i ciężko. Ostatecznie doczłapaliśmy się do naszego kempingu, płatnego, więc z ciepłym prysznicem, kominkiem i w ogóle pełną cywilizacją:). Spotkaliśmy tam Polaków, którzy musieli wykazać swoją wyższość (spali w schronisku i nie dowierzali, jak można spać w namiocie), ale i tak było sympatycznie. Swoją drogą, ostatniego dnia spotkaliśmy przewodnika, który spędził w Polsce sporo czasu, eksplorując nasze Tatry. Oto jak spuentował naszą polską mentalność: Polaka zawsze coś boli, zawsze coś mu dokucza, ale tak poza tym, ludzie są bardzo mili:).

Na ostatni dzień naszej wędrówki zostawiliśmy sobie wisienkę na torcie: Base de Los Torres. Postanowiliśmy nie szarżować (autobus powrotny mieliśmy wieczorem), jak wychodziliśmy, to część osób już wracała. Dowiedzieliśmy się po drodze, że na górze leży śnieg i mocno wieje, więc jest trochę niebezpiecznie. Pomimo trudności dotarliśmy do celu, widok pierwsza klasa, pogoda prawie idealna: super widoczność, ale przy tym bardzo silny wiatr (OKAW to chyba najczęściej powtarzane przez nas słowa:). Po zrobieniu kilku fotek zeszliśmy na dół, spędziliśmy jeszcze trochę czasu w schronisku (było ciepło i przyjemnie, na dworze cały czas OKAW…), po czym udaliśmy się na przystanek.

Tam pełna radość, że zrobiliśmy to, że daliśmy radę i że już wkrótce wracamy do cywilizacji. Poznajemy jeszcze parkę z Australii i wspomnianego już przewodnika z Chile, jemy wspólnie zestaw zwycięstwa (hot-dog + cola) i w końcu udajemy się do Puerto Natales. Na stacji okazuje się, że właścicielka naszego hostelu przyjechała kogoś odebrać, więc zabieramy się z nią! Po szybkim ogarnięciu się idziemy na kolację zwycięstwa. Następnie idziemy spać, po raz pierwszy od 3 nocy w łóżku:). #poznajpatagonie

Zapraszamy do obejrzenia filmiku z dnia 3 i 4 w Torres del Paine:)