Na drodze do nirwany

Większości z nas medytacje kojarzą się ze spokojem, relaksem, wewnętrznym wyciszeniem. Ponoć po paru reinkarnacjach ciężkich ćwiczeń w końcu można dojść do takiego stanu, zanim jednak tak się stanie, czeka Cię ostre starcie z rzeczywistością.

Początkowo chcieliśmy pójść na kurs gdzieś w Birmie, ostatecznie zdecydowaliśmy się na Tajlandię, konkretnie na Wat Ram Poeng w Chiang Mai. Już samo zapisanie się na kurs nie wróży niczego dobrego. „Hard work, no talking, no eye contact with your wife, no iPhone, no computer, no eating in the afternoon, maximum 6 hours of sleeping…” – rozmawiający z nami mnich od początku wyraźnie próbował nas zniechęcić. Już po przyjeździe zrozumieliśmy dlaczego. W czasie pobytu w klasztorze nikt Cię nie pilnuje, nikt Cię do niczego siłą nie zmusza. Natomiast Twoja nieodpowiedzialna postawa może mieć wpływ na innych praktykujących. Ale po kolei.

Po przyjeździe na miejsce jeszcze raz dostaliśmy książeczkę ze wszystkimi zasadami panującymi w klasztorze. Także tym razem mnichowi nie udało się nas zniechęcić, pozostało więc uściskać się po raz ostatni i rozejść. W klasztorze kobiety i mężczyźni śpią w innych częściach kompleksu i nie mogą się nawzajem odwiedzać. Pokoje są dość skromne, ale czyste. Basia dostała nowiusieńki pokój w części dla Europejczyków, dla mnie niestety zabrakło miejsca, spałem więc w domkach przeznaczonych dla Tajów, co oznaczało brak spłuczki w toalecie i brak łóżka (śpisz na rzuconym na podłogę materacu). Ale i tak byliśmy zadowoleni, spodziewaliśmy się, że będziemy dzielić pokoje z innymi ludźmi, a Ci, jak już pisaliśmy, lubią chrapać, śmierdzieć oraz bałaganić. Szybkie przebranie się w białe ciuszki (biała musi być nawet bielizna, do tego żadnej biżuterii, odkrytych ramion, ani innych, mogących rozpraszać upiękniaczy) i zaczynamy!

Na początek idziemy na obiad. Tutaj miła niespodzianka. Spodziewaliśmy się przysłowiowej miski ryżu, tymczasem dania były różnorodne, obfite i smaczne. Do tego do wyboru zestaw z mięsem lub wegetariański (Basia od miesiąca jest wegetarianką). Odetchnąłem z ulgą, szczerze, to trochę bałem się reakcji organizmu na potencjalne 3 tygodnie bez mięsa. „Chyba nie będzie aż tak źle” – pomyślałem. Po zjedzeniu zrobiliśmy szybki obchód po świątyni: gdzie ćwiczymy, skąd brać wodę, a skąd miotłę, jaki mamy rytm dnia, co można, czego nie można. Po południu ceremonia otwarcia. Tutaj zaczynają się schody: 20 minut na kolanach (niestety, nie można oszukiwać jak w kościele katolickim) powoli zmywało uśmiech z mojej twarzy.

Po zakończeniu ceremonii przechodzimy do medytacji, która także ma swój określony rytm. Zaczynamy od pokłonienia się Buddzie 3 razy (na kolanach), następnie rozgrzewka (bardzo wolne pokłonienie się Buddzie 3 razy, oczywiście na kolanach) i już wiem, że będzie ciężko. Tak naprawdę przed przyjazdem najbardziej bałem się o kolana i kręgosłup: za dużo piłki + za dużo siedzenia w korpie w życiu… Po rozgrzewce zaczynamy ćwiczyć. Zaczynamy od medytacji chodzącej. Na czym to polega? Po prostu idziesz, idziesz bardzo wolno i myślisz tylko o tym, że idziesz. Nie możesz się rozkojarzyć, myśleć o niczym innym, nie ma przyszłości ani przeszłości, liczy się tylko tu i teraz. Jeśli się zamyślisz, stajesz, rejestrujesz fakt, że myślisz o czymś innym, skupiasz się ponownie (thinking, thinking, thinking) i idziesz dalej. Co powinieneś poczuć? Jak skupić się na stopach? Nikt Ci tego nie powie, jedyne co usłyszysz to „learning by doing”, może w końcu załapiesz, a może nie.

Następnie medytacja siedząca. Siadasz po turecku, zamykasz oczy i ponownie jesteś tu i teraz. Skupiasz uwagę na oddechu, poszczególnych częściach ciała, tudzież na ogół na cierpieniu, gdyż zaczynają Cię boleć kolana, stopy czy też plecy, z utęsknieniem czekasz na dźwięk stopera, który obwieści koniec serii.

IMG_8516 Na drodze do nirwany

I to wszystko. Medytujesz cały dzień, na zmianę chodzisz, siedzisz, chodzisz, siedzisz… Na początku ćwiczysz po 15 minut, z czasem serie wydłużają się o kolejne 5 minut, aż dochodzisz do godziny. Jest ciężko, na szczęście pierwszego dnia praktykujemy tylko przez 4 godziny, następnie udajemy się na spoczynek. Idziemy wolnym krokiem, nie dlatego, że wszystko nas boli, ale dlatego, że medytujesz cały czas, bez względu na to, czy jesz, chodzisz, myjesz się czy sprzątasz. Pełne skupienie na chwili obecnej 24 godziny na dobę. Od następnego dnia mamy zadbać o siebie sami.

Po krótkim śnie budzi Cię bicie dzwonu. Na dworze ciemno, w końcu jest 4:00 nad ranem. Wstajesz w tych samych ciuchach, w których ćwiczyłeś, szybkie siku, garść zimnej wody na twarz i idziesz medytować. Chodzisz, siedzisz, chodzisz, siedzisz, chodzisz, siedzisz… I tak w kółko do 6:30. Wtedy ponownie bije dzwon. Dla mnie był to jeden z najwspanialszych momentów dnia i jedyny powód dla którego nie znienawidziłem wszystkich dzwonów świata. Poza pobudką obwieszczał też czas na posiłek. Zostawiasz więc matę i idziesz jeść.

Typowe śniadanie to zupa i kawałek owocu. Tutaj jednak też wszystko idzie swoim wyznaczonym rytmem. Na początek bierzesz posiłek, zasiadasz do stołu i czekasz, aż wszyscy dostaną swoją michę. Następnie zaczyna się modlitwa i śpiewanie w dwóch różnych językach. Piosenki są o tym, żeby kontemplować nad jedzeniem, jeść dla odżywienia ciała i zakończenia cierpienia związanego z głodem, a nie dla przyjemności czy piękna. Trwa to wszystko jakieś 15-20 minut (przypominam: nie jadłeś od 20 godzin, a przed Tobą stoi talerz pysznej zupy), po wszystkim możesz w ciszy i skupieniu spożyć zimny posiłek.

Na drodze do nirwany

Następnie masz chwilę odpoczynku. Nie oznacza to krótkiej drzemki, o nie! Bierzesz miotłę i zamiatasz liście (na szczęście każdy student SGH zna obsługę miotły), ewentualnie szlauch i podlewasz roślinki. Wszystko robisz z pełną świadomością, w końcu liczy się tylko tu i teraz, nie możesz myśleć o tym, że zaraz pójdziesz medytować, nie mówiąc o czymś innym.
Na drodze do nirwany
OK, zrobiłeś swoje, czas więc na medytacje! Kolejne 2-3 godziny, aż usłyszysz dzwon:). Tym razem obwieszcza obiad. Jest godzina 10:30 i wiesz, że będzie to Twój ostatni posiłek tego dnia, następny za 20 godzin. Z jednej strony trzeba się więc najeść, z drugiej nie możesz się przejeść, bo po obiedzie czekają Cię (ręka do góry jeśli znasz odpowiedź) medytacje. Oczywiście po wcześniejszym chwilowym odpoczynku, dla odmiany możesz umyć podłogę w pokoju lub zrobić pranie. Obiad także zimny, wszakże wcześniej trzeba się pomodlić i pośpiewać.
Na drodze do nirwany

Po powrocie na front robi się naprawdę ciężko. Boli Cię dosłownie wszystko, jest samo południe, żar leje się z nieba, a Ty działasz. Tym razem dłuższa seria, tak do 15:00-17:00, kiedy zaczyna się raportowanie.

Raportowanie to jedyny moment, kiedy możesz rozmawiać, ale tylko ze swoim nauczycielem. Do wyboru mieliśmy 2 mnichów: Phra Ajahn Supan, opat klasztoru, szef wszystkich szefów, człowiek, który ściskał dłoń naszego papieża w Watykanie. W każdym jego ruchu, w każdej czynności czuć było dostojeństwo i spokój. Bardzo rzadko mówił wprost, bardziej rzucał Ci zagadkę, miał coś z dalekowschodniego mistrza z amerykańskiego filmu, łącznie z tym, że mówił łamaną angielszczyzną. Poza tym był dużo bardziej wymagający niż jego kolega po fachu.

Phra Ajahn Nawi z kolei biegle władał angielskim i niemieckim, był dużo młodszy i bardziej konkretny. Żeby zobrazować różnice, dam przykład z życia wzięty, rozmawiałem bowiem z obydwoma na ten sam temat.

Rozmowa z Phra Ajahnem Nawi:

– Mam problemy z koncentracją, staram się skupić na chwili obecnej, jednak moje myśli często uciekają, głównie w przyszłość.

– To normalne, pracuj dalej.

– Ale to znaczy, że to dobrze czy źle?

– Nie przejmuj się, po prostu ćwicz, staraj się zarejestrować, że zgubiłeś koncentrację, skup się ponownie i medytuj dalej.

Rozmowa z Phra Ajahnem Supanem (tutaj mogłem coś pokręcić, nie zawsze dało się zrozumieć dalekowschodnią angielszczyznę:):

– Mam problemy z koncentracją, staram się skupić na chwili obecnej, jednak moje myśli często uciekają, głównie w przyszłość.

– Hmmm… Doświadczasz niestałości. Niestałość powoduje cierpienie. Ciało i umysł ludzki nie są doskonałe, musisz to zrozumieć i zaakceptować.

– Ale to znaczy, że to dobrze czy źle?

– (tutaj Phra Ajahn Supan bierze do ręki monetę) Widzisz tę monetę. Ma 2 różne strony, ale każda z nich ma taką samą wartość.

Można było sobie wybrać nauczyciela, my chodziliśmy na zmianę, zależnie od nastroju czy kolejki.

Na drodze do nirwany

Sama forma i treść raportowania w dużej mierze zależy od Ciebie. Dostajesz krótkie pytanie: jak się dziś masz i piłka jest po Twojej stronie. Mówisz jak Ci idzie, jak się czujesz, czego doświadczyłeś, jakie masz w związku z tym przemyślenia. Możesz też zadawać pytania, zasadniczo to Ty prowadzisz rozmowę. Na koniec dostajesz wytyczne na następny dzień: ile godzin medytacji powinieneś zrobić, jak długo będą trwać serie (na ogół każdy raport to wydłużenie o 5 minut), czy pojawią się dodatkowe elementy do techniki medytacyjnej.

Po raportowaniu wracasz do pracy. Medytujesz do końca dnia (czyli w teorii przynajmniej do 22:00, z czasem śpisz coraz mniej, jeśli zdecydujesz się na pełny 26-dniowy kurs, przez ostatnie 3 noce nie śpisz wcale, chyba nie muszę pisać, czym się zajmujesz) z krótką przerwą na ciepły napój sojowy między 17:00 a 18:00 – taki substytut kolacji, na szczęście żołądek daje się nabrać. Optymistycznie idziesz więc spać o 22:00, by następnego dnia obudzić się o 4:00 i cykl zaczyna się od nowa. I tak przez 19 dni:).

Jak wyglądały medytacje z naszej perspektywy? Pierwsze dni to walka z bólem. Walka nierówna, boli Cię dosłownie wszystko, nie możesz się skupić na niczym innym. Jest to na swój sposób pozytywne, pomaga bowiem skupić się na tu i teraz, umysł ma więc z górki, ciało natomiast ma przechlapane. Parę razy rozmawialiśmy na ten temat z nauczycielami w czasie raportowania. Czego się dowiedzieliśmy? Musisz uznać ból, świadomie zarejestrować, co Cię boli i cierpliwie poczekać aż ból minie. Czyli siedzisz, kolano wyje, próbujesz skupić się na bólu, boli Cię więc jeszcze mocniej, a Ty próbujesz to znieść. Co ciekawe, nie można z tym walczyć, nie można okazywać żadnych negatywnych emocji, musisz przyjąć cierpienie z dobrocią w sercu.

W moim przypadku przełom w znoszeniu bólu nastąpił czwartego dnia. Dolegliwości były tak silne, iż jeden z nauczycieli zasugerował, bym sobie trochę pomógł i podłożył poduszkę pod pośladki. Zadowolony poszedłem do mnicha administratora (pieszczotliwie nazywałem go nieogarem, ale historia naszej relacji to materiał na oddzielny wpis) i tutaj spotkała mnie niespodzianka. Dostałem nie lada wykład łamaną angielszczyzną, że ból jest niczym wobec siły umysłu, że mam się nie poddawać i jeszcze popróbować. Poduchy nie dostałem, wróciłem do medytowania lekko zdenerwowany (co jest oczywiście zabronione). Robiłem już wtedy serie po 30 minut, wysiedzenie takiego czasu bez ruchu na opuchniętych nogach (codziennie wieczorem stopy miały przymusowe namaczanie w zimnej wodzie, ale nie do końca pomagało, pod koniec kursu widziałem wszystkie żyły, nawet na palcach…), z bolącym kręgosłupem (przy plecach „samo drewno”, jak to określiła znajoma masażystka – pozdrawiamy!), strzykającymi kolanami i sfrustrowanym umysłem jest nie lada wyzwaniem.

Na drodze do nirwany

Na początku nie mogłem się w ogóle skoncentrować, myśli zaczęły krążyć, pojawiło się pierwsze zwątpienie. Szybko jednak doszedłem do tego, że mnich ma trochę racji. Uświadomiłem sobie, że ból jest tylko bólem, wszakże siedzę sobie na macie w bibliotece, od siedzenia noga raczej mi się nie połamie. Kwestia, czy dam radę czy nie, leży więc tylko i wyłącznie w mojej głowie. OK, odpalam minutnik i choćby nie wiem co dam radę! Start!

Był to jeden z najcięższych momentów całych medytacji: pół godziny siedzenia w bólu oraz ciągłego myślenia o nim, co dodatkowo potęgowało cierpienie. Ale dałem radę! A skoro dałem radę, to mogę tak za każdym razem, kwestia nastawienia!

Zadowolony pomyślałem, że teraz już będzie z górki. I tutaj wkracza moje ADHD:). Nigdy bym nie pomyślał, że skupienie się na tak prozaicznej czynności jak chodzenie czy oddychanie może być aż tak ciężkie! Zaczynasz medytować, po jakimś czasie gubisz koncentrację, rejestrujesz to, gubisz ponownie, zaczynasz się lekko frustrować, ale przecież tak nie można, rejestrujesz uczucie frustracji, próbujesz jeszcze mocniej. Nagle ktoś obok Ciebie zaczyna gadać (niestety, takich co przyjeżdżają z braku laku jest sporo, Chiang Mai to kolebka cyber nomadów, do których, jak się dowiedzieliśmy, należymy…), próbujesz to zignorować, ale i tak zaczynasz o tym myśleć, rejestrujesz, ponowna próba koncentracji. Szybko zdajesz sobie sprawę z tego, że przezwyciężenie bólu to nic w porównaniu z próbą ujarzmienia umysłu.

Oczywiście, z czasem zaczynasz rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, nic nie przychodzi jednak łatwo, do wszystkiego musisz dojść sam (learning by doing). Co ciekawe, ból cały czas powracał, lecz cóż, ponoć jest najlepszym nauczycielem, co także z czasem zaczęliśmy rozumieć. Na pytanie ile czasu potrzeba, by opanować sztukę medytacji, dostaliśmy następującą odpowiedź: może parę miesięcy, może parę lat, może parę żyć. Jeśli więc w następnym wcieleniu nie zostanę kaczką, na pewno do czegoś dojdę:).

W czasie naszego pobytu udało nam się też załapać na 3 wydarzenia. Dwukrotnie obchodziliśmy dzień Buddy, w czasie którego, po uprzednich modlitwach, zapalaliśmy świece i spacerowaliśmy wokół stupy. Mieliśmy też szczęście, bo na nasz pobyt przypadły obchody 523. rocznicy powstania świątyni.

Jeśli chodzi o nasze relacje, to podeszliśmy do tematu w 100% profesjonalnie. Nie rozmawialiśmy, nie utrzymywaliśmy kontaktu wzrokowego, staraliśmy się medytować w innych miejscach, widywaliśmy się tylko w czasie posiłków, oczywiście, bez patrzenia w oczy. Dzięki temu mogliśmy w pełni skupić się na medytacjach i przeżyć je na swój własny sposób.

3 tygodnie spędzone w Wat Ram Poeng to jedno z najciekawszych przeżyć naszej podróży, choć było ciężko. Będąc sam na sam ze swoim umysłem, ciałem i cierpieniem, dowiadujesz się wielu rzeczy o sobie. Był to także test dla naszych charakterów, gdyż tylko poprzez wytrwałość możesz do czegoś dojść, bardzo łatwo zejść ze ścieżki, a wrócić na nią ciężko. Zresztą, doświadczyliśmy tego po ceremonii zamknięcia. Po zamienieniu kilku zdań o tym, jak było, co przeżyliśmy, jakie mamy odczucia, postanowiliśmy jeszcze przez chwilę pomedytować. Było to już jednak dużo cięższe, umysł rozkojarzył się tak mocno, że koncentracja przez okres godziny graniczyła z cudem. Dlatego jeśli kiedykolwiek będziesz chciał spróbować medytacji, musisz podejść do tematu poważnie, w przeciwnym razie będzie to tylko i wyłącznie kolejne fajne doświadczenie.

Jeśli nasz artykuł zainspirował Cię do zmierzenia się z medytacjami, warto spróbować. Praktykować można na całym świecie, także w Polsce. Zwróćcie tylko uwagę na typ medytacji, wyróżniamy 2 podstawowe rodzaje: Samatha (pomaga uspokoić umysł poprzez skupienie uwagi na jednym obiekcie) oraz Vipassana (którą praktykowaliśmy my, polegająca na rozwoju samoświadomości i poznaniu siebie poprzez trening mindfulness). Powodzenia!

  • http://www.trzydziestkazvatem.pl Trzydziestka z Vatem

    Fantastyczna relacja. Super napisane. Zazdroszczę trochę ale po tym artykule nie wiem czy bym się zdecydowała 😉 gratuluje wytrzymania :-)

    • http://ponioslonas.pl Baśka

      Dziękujemy:) Zachęcamy, warto. Tylko koniecznie w cyklu conajmniej 10 dni:) A jak możesz dłużej to jeszcze lepiej. Pozdrawiamy serdecznie.

  • http://Wokolglobu.blog.onet.pl Basia

    Michał – szacun. Nie wyobrażam sobie jak sie męczyłes przy swojej ruchliwości!
    Piękne doświadczenie przezyliscie.
    To teraz juz wiem czego nie przeżyliśmy w naszej podróży ‚wokolglobu’ :)
    A jakie macie wnioski? Do czego doszliscie? Co Wam to dało?

    • http://ponioslonas.pl Baśka

      Hej! No właśnie Basia mniej ruchliwa, więc miała trochę z górki, z moją koncentracją jest naprawdę marnie:-P Same medytacje każdy przeżywa inaczej, m.in. dlatego nie pozwalają wymieniać się doświadczeniami w czasie pobytu w klasztorze. Jedni przyjeżdżają z braku laku, inni próbują poradzić sobie ze swoimi lękami, inni chcą popracować nad koncentracją, jeszcze inni szukają na nowo sensu życia. Jeśli chodzi o mnie to na pewno lepsze poznanie samego siebie (przez prawie 3 tygodnie jesteś w permanentnej interakcji ze swoimi myślami, ciałem, uczuciami, etc.), zarówno mocnych jak i słabych stron i akceptacja tego. Druga rzecz to filozofia życia i podejście do niego: może nie tyle, że cały nasz żywot to cierpienie, ale kwestia niestałości, zmienności i niedoskonałości. Trzecia to rozwój osobisty, najbardziej chyba w obszarach koncentracji, pokonywania granic i pokory wobec świata i ludzi (w tym samego siebie). To tak w skrócie;-)

  • http://marta.ninja Marta Tatarynowicz

    Świetna relacja, bardzo Wam za nią dziękuję, a szczególnie za zawarcie detali, które bardzo pomagają w podjęciu decyzji 😉
    Cały czas rozważam, czy chcę to przeżyć w mojej Podróży.

    • http://ponioslonas.pl Baśka

      Cześć Marta. Jak masz możliwość to się nawet nie zastanawiaj. To naprawdę działa, poznajesz siebie lepiej, oczyszczasz głowę ze śmieci.. i więcej pisać nie będę bo trzeba to przeżyć samemu, indywidualnie:-) Polecamy!!! Jakbyś miała jeszcze jakieś pytania to pisz śmiało:-)

  • http://polaczkropki.pl polaczkropki.pl

    Świat którego totalnie nie znałam, albo miałam całkiem inne wyobrażenia.

    • http://www.ponioslonas.pl/ Michał Świderski

      Myślę, że większości ludzi medytacje kojarzą się z czymś zupełnie innym, niż są w rzeczywistości. Gorąco zachęcamy do spróbowania w czasie którejś z wypraw, naprawdę warto:-).

  • http://wolnymkrokiem.pl Agnieszka Ilnicka

    Ostatnio właśnie zastanawiałam się nad medytacja, ale właśnie tym pierwszym rodzajem, by uspokoić umysł :)

    • http://www.ponioslonas.pl/ Barbara Świderska

      Cześć Agnieszka. Praktykując Vipassanę, czyli trenując uważność (mindfulness) też docelowo uspokajasz się. Każda medytacja zasadniczo ma w swoich podstawach zatrzymacie natłoku myśli, uspokojenie, ustabilizowanie wewnętrzne. W naszym przypadku akurat było tak, że zaczęliśmy od pobytu w świątyni i to było dość ciężkie doświadczenie, ale rozpoczęcie praktyki medytacyjnej nie musi zawsze tak wyglądać. Natomiast miej świadomość, że jaki rodzaj medytacji byś nie wybrała, początki raczej z reguły nie należą to najłatwiejszych:-) Natomiast gorąco polecam!

  • sekulada.com

    Jestem oczarowany, a zarazem pełen podziwu. Wiele słyszałem o medytacjach, ale nigdy nie wszedłem w szczegóły tak jak tym razem. Wygląda to naprawdę zachęcająco!

    • http://www.ponioslonas.pl/ Michał Świderski

      Warto spróbować, czy to w klasztorze w czasie podróży, czy nawet tu w Polsce na jakimś kursie praktyki mindfulness. Polecamy:-).

  • http://www.lkedzierski.com/ łukasz kędzierski

    Czytając ten wpis byłem cały spięty. Nawet teraz czuję, że muszę przejść się po pokoju aby rozluźnić mięśnie. Wiedziałem, że medytacja to ciężka sprawa, ale nie wiedziałem, że aż tak. Trzy tygodnie to szmat czasu – jestem pełen podziwu, że nie zrezygnowaliście.
    Pytanie: czy coś po tych trzech tygodniach zostało Wam na „później”. Czy nadal medytujecie i ma to dla Was jakąś wartość dodaną? Pytam ponieważ pisałeś, że po ceremonii zamknięcia i porozmawianiu ze sobą, nie było łatwo skupić się :)

    • http://www.ponioslonas.pl/ Michał Świderski

      Zostało i to dużo, tak jak pisałem, każdy przeżywa to na swój sposób, niektórzy wychodzą totalnie odmienieni, inni są bardziej świadomi siebie, jeszcze inni wychodzą silniejsi psychicznie, bo dali radę. Nam dało to bardzo dużo, szczególnie w kwestii życia tu i teraz oraz kontrolowania swojego umysłu. Cały czas medytujemy (ale już nie tak długo, trzeba przynajmniej 15 minut dziennie, optymalnie 1 godzina), Basia uczęszcza też na kurs praktyki mindfulness, więc niewykluczone, że medytacja zostanie z nami już na zawsze:-).

      • http://www.lkedzierski.com/ łukasz kędzierski

        no to super. Gratulacje

        • http://www.ponioslonas.pl/ Michał Świderski

          Dzięki:-).

  • http://wojazer.co/ Marcin

    Jestem oczarowany zdjęciami, jednak dodam od siebie coś, co może zabrzmi odrobinę kontrowersyjnie. Podczas czasu, gdy mieszkałem w Chinach, miałem wielokrotnie okazję rozmawiać z chińskimi mnichami różnych wyznań, którzy generalnie z uśmiechem politowania patrzyli na moje opowieści o tym, jak medytacja stała się popularna wśród ludzi zachodu. Otóż wg części z nich, pozostali pewnie byli za mili, żeby mi to powiedzieć, ludzie zachodu nie są genetycznie dostosowani do medytacji, jogi i innych tych spraw, podobnie jak oni nie są genetycznie dostosowani do picia alkoholu 😉 Przepraszam, to nie jest moja opinia, ale wraca do mnie za każdym razem, gdy słyszę o medytacji, jodze i innych podobnych sprawach :) Pozdrawiam!

    • http://www.ponioslonas.pl/ Michał Świderski

      Nie nazwałbym Twojej opinii kontrowersyjną, aczkolwiek myślę, że problem jest trochę inny. Jak rozmawialiśmy z Basią już po kursie o naszych przemyśleniach, to często mówiliśmy, że będący w świątyni Tajowie chyba wyssali medytację z mlekiem matki. Im można było rozmawiać, byli tam całymi rodzinami, ale jak przychodziło do ćwiczeń, mijała chwila i byli w pełni skupieni. Ich kultura, sposób życia bez wątpienia sprzyja koncentracji. A u nas? Ciągły bieg i rozkojarzenie: ile osób je na siedząco – na ogół gdzieś biegniemy, myślimy o tym, co zaraz mamy zrobić, w międzyczasie telefon, wrzucimy coś do ust i do widzenia. A to tylko jeden z niewielu przykładów: prowadzimy samochody – rzadko jesteśmy skupieni tylko na drodze, pracujemy – także myśli uciekają gdzie indziej. Jeśli więc później próbujemy nadrobić wieloletnie zaległości w trakcie 1 tygodnia, to rzeczywiście mnisi mogą popatrzeć na nas z politowaniem. Jeśli jednak weźmiesz się za to na serio, będziesz mieć wyniki, co zresztą potwierdzają badania (np. praktyka medytacji / mindfulness przyczynia się do większego uaktywnienia lewej części przedczołowej kory mózgowej czy też pogrubienia kory mózgowej w niektórych obszarach, kluczowych dla praktykowania medytacji). Ale na to potrzeba lat:-). Dzięki za komentarz:-)!

  • Spojrzenie na świat

    Dzięki za świetny artykuł! Jak robiliście fotki, jeśli nie mogliście nawiązywać ze sobą kontaktu i posiadać elektroniki? Pozdrawiamy z Chiang Mai!

    • http://www.ponioslonas.pl/ Michał Świderski

      Dzięki! Zdjęcia robiliśmy już po zakończeniu kursu – ostatniego dnia wieczorem masz ceremonię zamknięcia, później idziesz posprzątać swój pokój, śpisz jeszcze w świątyni i następnego dnia rano wyjeżdżasz. Więc kiedy wszyscy inni poszli na śniadanie, my postanowiliśmy raz jeszcze założyć nasze białe ubrania i urządziliśmy sobie szybką sesję, przy okazji nie przeszkadzaliśmy w ten sposób innym w medytacji:-). Wybieracie się na kurs:-)?